Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do Twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.
WARSZTATY WALKI MIECZEM My, rycerska brać… Może nie tak do końca, że niby rycerze pełną gębą, ale otarliśmy się o średniowiecze i ówczesnych rycerzy. A stało się to za sprawą Waszmościa Sebastiana „Boguty” Bogusza, który przyjął nas w poczet mężów pragnących stać się wojami co się zowie. I tak każdego czwartku internat ośrodka pustoszał, bo prawie wszyscy osobnicy rodzaju męskiego, kto żyw, ciągnął karnym szeregiem do oddalonego parę kilometrów grodu na nauki. Nie zważano na nic- ani na pogodę (żar z nieba lub groźne chmury na horyzoncie), ani na cielesne niedomagania - patrz kulejący Michał „Lesiu” lub istne skonanie po turnieju hokeja halowego. Tam, na miejscu, młodzi adepci rycerskiej sztuki, pomimo wszelakich słabości ciała i ducha, z wielkim upodobaniem i zacięciem oddawali się szlifowaniu rycerskich umiejętności. A były to na przykład: x kroki i postawy waleczne - szło nam znakomicie i doskonale, gdyby tylko nie ta nieszczęsna lina rozciągnięta pośrodku sali: ciągle nas z niej znosiło na boki i odrobinkę plątały się nam nogi, ale ogólnie było super. Ofiar w ludziach w tym miejscu nie było, x saluty i podziękowania rycerskie za dobrą walkę - to drugie czyniliśmy nieźle i z radością, tym większą, jeśli udało się przeciwnikowi dołożyć, x rzucanie oszczepem ( nadspodziewanie ciężkim) - było bardzo dobrze, bo za każdym razem oszczep lądował tam, gdzie trzeba, czyli przed nami. W ten sposób ocaleli wszyscy. x szyki bojowe - było very super, w rękach dzierżyliśmy tarcze, trzymaliśmy się zwarcie, słychać było tumult, głośne okrzyki i kwiczenie - nie, nie, nie zarzynanych, ale nasze, ze śmiechu. Nikt nie został zadeptany ani w inny sposób poturbowany -ofiar w ludziach nie odnotowano, x zakładanie rynsztunku rycerskiego, najprawdziwszego z prawdziwych, słowo honoru ! Kolczuga była spoko, nie gryzła, nie drapała. Ale już hełm ?! Ważył chyba pół tony! (Czapki są jednak zdecydowanie wygodniejsze na co dzień) Trudno nam było utrzymać pozycję pionową, ale jak się już nie zataczaliśmy pod ciężarem rycerskiego nakrycia głowy, to dostawaliśmy tarczę do jednej ręki i miecz do drugiej. Miecz, jako że też prawdziwy, też swoje ważył i znowu braliśmy przechył na różne strony. Aha, a na dłoniach to mieliśmy takie galantne rękawice uzbrojone metalowymi kółeczkami, co by nam wróg tychże dłoni z mieczem nie odrąbał. Brrr…Straszne. Przeżyli wszyscy, strat żadnych w ludziach nie było. Jak już jakimś cudem trzymaliśmy pion przez dłuższy czas, nadchodziło kolejne wyzwanie - groźny, czarny przeciwnik w postaci opony zawieszonej na drągu. O, jakże podstępny i przebiegły był ten wróg - kołysał się, wychylał na boki, kręcił się nieustannie, nijak nie pozwalał sobie porządnie przyłożyć. Szydził z nas dosłownie szczerząc przy tym szyderczo swój bieżnik. Robiliśmy co mogliśmy stosując metodę chybił-trafił z przewagą tej pierwszej. Jakie to szczęście, że ten potwór nie miał miecza. Byłaby masakra! A tak- znów udało się nam wszystkim ujść z życiem. Na jednych z zajęć mogliśmy się zmierzyć z samym Mistrzem- to dopiero było przeżycie - stoczyć walkę w stroju rycerskim. Szło nam znakomicie, byliśmy wspaniali! No dobrze, przyznajemy się, pan Sebastian był górą. Trochę oberwaliśmy i to w miejsca, gdzie najmniej się tego spodziewaliśmy. Dobrze, że walczyliśmy tylko palcatami i że Mistrz był litościwy i oszczędny w wymierzanych razach. Słowem: udało się ocalić, ofiar w ludziach nie odnotowano. x Były raz tańce dworskie - szło nam ogólnie nieźle, tylko był pewien problem, bo „w prawo” niekoniecznie oznaczało to samo dla wszystkich, a co do: „w lewo” to kolega z boku miał zawsze inne przekonanie. Jedynie pan Sebastian tańczył nie myląc ani razu nóg, tańczył niewzruszenie patrząc na nas wyrozumiale i… chyba trochę z politowaniem. Ale tego nie jesteśmy pewni. W każdym bądź razie, co do osoby pana Bogusza, tylko wybitny refleks i doświadczenie w wielu walkach i turniejach pozwoliły mu zachować nienaruszony połysk na butach do samego końca tańców dworskich. No, i trzeba przyznać, że i jeszcze pani Basia próbowała poprawnie przebierać nogami, ale dosyć skutecznie jej to utrudnialiśmy i dala sobie spokój. Zresztą, co jakiś czas (zdecydowanie za często jak na nasz gust) podskakiwała wyżej niż trzeba i popiskiwała coś tam, jakieś „Moje palce!” albo „Moje odciski!” Stanowczo, naszym zdaniem, baby się na rycerzy nie nadają i już! Ogólnie rzecz ujmując, strat w ludziach kolejny raz udało się uniknąć, jedynie co niektórzy nieznacznie kuśtykali w drodze powrotnej. Poznaliśmy sztukę ukłonów, równie dworskich, co i skomplikowanych. Szło to jakoś tak: jedna ręka na plecach, druga od serca zaczyna wywijać wdzięczną, potrójną pętlę w kierunku podłogi. W tym samym czasie następuje ukłon uniżony, a do tego trzeba cały czas patrzeć w oczy uwielbianej damy bez mrugnięcia, a za to z miłością i oddaniem. Uff…Przeżyliśmy i to. A dzisiaj to wystarczy rzucić „Chodź, mała”, więc już nie wiemy, które czasy były lepsze pod tym względem. Pan Sebastian podczas wszystkich zajęć prezentował iście anielską cierpliwość i opanowanie godne co najmniej 10-ciu oligofrenopedagogów wziętych razem do kupy. I tylko jednemu z nas udało się go wytrącić na moment ze stoickiego spokoju. Tego wyczynu dokonał kolega roztrzaskując atrapę szpady w drobniusieńki mak na tarczy przeciwnika. Mistrz był niepomiernie zaskoczony. My też. Zapadła niezręczna cisza. Ale Mistrz -jak to Mistrz - wzniósł się ponad poczynione spustoszenie i pozwolił delikwentowi na zrehabilitowanie się. W miejsce szpady wręczył mu stalowy miecz i nakazał atak na oponę (dobrze jej tak). Miecz przetrwał w całości, opona, skubaniutka, też, no i znów wróciło nas tylu samo do internatu, co i wyszło, znaczy się ofiar w ludziach nie stwierdzono. Na ostatnie zajęcia uparła się przybyć z Zalutynia mała rycerka- Oleńka. Postura mikra, ale jak wielki duch walki. Bo oto doszło do starcia Goliata z Dawidem - Ola kontra pani Magda. Oczywiście, Dawid zwyciężył, ogłaszając światu: „Pobiłam panią Magdę!”
fotogaleria (kliknij w zdjęcie aby zobaczyć wiecej)